Myśli nie tylko na niedzielę

Rozmawiasz z Nim?

   Wychodząc rankiem do pracy rozmawiał z żoną o wieczornych zakupach, w biurze rozmawiał z kolegami o sprawach służbowych i...jeszcze wielu innych. W sklepie spotkał sąsiada, z którym wymienił poglądy na temat pracy nowego rządu. W domu, przy obiedzie rozmawiał z dziećmi o szkole i sobotnim wyjeździe na basen.
Wieczorem rozmawiał jeszcze z małżonką o planowanym remoncie, a potem zadzwoniła jeszcze teściowa i ...nie chciało mu się już rozmawiać...
Samo życie - rozmowy, dyskusje, wymiana poglądów, dialogi, monologi i różne takie...
Codziennie toczymy dziesiątki rozmów – w domu, w pracy, w sklepie, urzędzie czy na stacji benzynowej.

   Nasze rozmowy są różne...ważne, mniej ważne, miłe jak pani w zieleniaku albo szorstkie jak pumeks. O niektórych rozmowach zapominamy w mgnieniu oka, o innych pamiętamy niekiedy całe życie...No właśnie...rozmowa może komuś odmienić życie, ożywić, dodać siły...może też (niestety) kogoś obrazić czy zbulwersować.
Mówiąc krótko (i powołując się na pana Pospieszalskiego) – warto rozmawiać - sztuka to jednak niełatwa, bo nie każdą rynsztokową paplaninę czy oszczerczy monolog możemy nazwać chyba rozmową...

   Sposób mówienia i prowadzenia rozmowy wiele nam mówi o człowieku...czasem już kilka usłyszanych słów pozwala nam dość precyzyjnie określić z jakim rozmówcą mamy do czynienia...można rzec - „powiedz mi kilka słów, a ja powiem Ci kim jesteś”.
Zważając na poziom i jakość wypowiadanych słów, nie warto chyba szukać wzorców na sejmowej mównicy, w sklepie monopolowym czy w popularnych (niestety) serialach paradokumentalnych.

   Gdzie więc szukać wzorców? Od kogo uczyć się rozmawiać? O czym mówić? Z kim rozmawiać? Można szukać w słowniku, uczyć się od profesora Miodka czy Bralczyka, mówić o tym, na czym się znamy, rozmawiać zaś z wszystkimi – najlepiej z mądrzejszymi od siebie. Proste? Proste. Dziękuję za uwagę...

Spokojnie, wybaczcie, że to jeszcze nie koniec mojego wywodu...sprawa jest o wiele bardziej złożona, wielowymiarowa i śmiertelnie poważna (co postaram się dowieść).

   Dlaczego tak bardzo nas dziwi, kiedy słyszymy przekleństwa na szkolnym podwórku? Dlaczego tak bardzo nas denerwują słowa podszyte pychą i krzywdzące sądy wydawane o bliskich? Dlaczego nasze dialogi coraz częściej ubogacane są ironicznymi uśmiechami, szyderstwem i wyśmiewaniem wszystkiego i wszystkich? Dlaczego tak często udajemy wszechwiedzących i powtarzamy utarte slogany zasłyszane w ulubionym programie publicystycznym?
Dlaczego? Bo zbyt mało (jeśli w ogóle) rozmawiamy z Bogiem...

   Jeśli wierzę, że dysponuję duszą nieśmiertelną, to warto już dzisiaj uczyć się rozmawiać z Tym, z Którym przez wieczność całą będę toczył dialog miłości...

   Czy kocham mojego Boga? Czy można kochać świadomie rezygnując z relacji z ukochanym? Zakochani patrzą sobie w oczy i...rozmawiają...Zakochani patrzą sobie w oczy i ...czasem milczą rozumiejąc siebie tak jakby wymienili przed chwilą tysiąc słów...Zakochani robią wszystko by być blisko...bo miłość domaga się obecności...

   Boże, czy ja Cię jeszcze kocham, kiedy zwracam się do Ciebie tylko w smutku, żałobie czy przed egzaminem? Boże, czy ja Cię jeszcze kocham, kiedy zaczynam Cię szukać w momencie gdy wszystko inne mnie zawiodło? Boże, czy chcesz jeszcze ze mną rozmawiać, skoro moje zaangażowanie modlitewne przypomina wysiłek wnuczka, który raz w miesiącu odwiedza „kochaną” babcię – zawsze „przypadkowo” w dzień wypłaty emerytury?

   Modlitwa jest zwróceniem całego siebie do Boga. Wymaga pewnego oderwania od przyziemności i podniesienia swej ociężałej konstrukcji ponadto, co ziemskie – a więc nietrwałe, niedoskonałe i niepewne. Tak jak krzyżyk na pięciolinii podnosi dźwięk do góry – tak modlitwa podnosi człowieka do rzeczywistości duchowej, niebiańskiej – a więc trwałej, doskonałej i pewnej!

   Na modlitwie doświadczamy jednak rozmaitych trudności w postaci rozproszeń, nielogicznych myśli, projekcji czy zniechęcenia. Niech nas to jednak nie dziwi – ten, który jest osobowym złem z właściwą sobie nienawiścią i zaciekłością będzie wzmagał w nas takie odczucia i myśli zawsze, kiedy tylko będziemy stawać przed Bogiem na modlitwie.

   Czasami modlitwa jest pięknym wierszem, hymnem pochwalnym, pieśnią wdzięczności i uwielbieniem. Zdarza się, że jest krzykiem rozpaczy, bezsilnym milczeniem albo dramatycznym pytaniem o sens...Modlitwa może być utożsamieniem z natchnionym tekstem albo nieskładnym potokiem słów...Może ujmować wyszukanymi rymami albo kipieć słowami zaprawionymi goryczą i bezsilnością...Która modlitwa jest miła Bogu? Każda...jeśli wypływa ze szczerego serca, niespokojnego i stęsknionego za Tym, który „stworzył moje wnętrze i utkał mnie w łonie mojej matki” (Ps 139). Pan Bóg chce byśmy modlili się nieustannie, co przekazuje nam ustami św. Pawła w liście do Tesaloniczan. Nieustannie a więc w każdym położeniu, w każdym stanie i w każdej okoliczności.

   Modlitwą jest więc przyjazny uścisk dłoni, miłe słowo czy życzliwe usposobienie. Modlitwą jest służenie (nie służalczość) swoim domownikom i tworzenie atmosfery miłości. Modlitwa to czasem westchnienie do Boga w ciężkim doświadczeniu. Modlitwa to świadomość zależności od Boga w momencie gdy przeżywamy chwile szczęścia i radości. Modlitwa to wreszcie dziecięce zaufanie do Boga w chwilach bezsilności i przytłoczenia niepowodzeniem czy chorobą. Modlitwą może być milczenie, kiedy odczuwam niepohamowaną pokusę przyłączenia się do rozmowy oczerniającej Kościół czy bliźniego. Modlitwa to wykonanie telefonu do osoby z którą pokłóciłem się pięć lat temu...

Tyle możliwości...tak niewiele potrzeba...

   To nie Bóg potrzebuje naszej modlitwy. To ja potrzebuję codziennego dostrajania mojego ducha, rozregulowanego grzechem i ludzką ułomnością. To ja potrzebuję łączności z Bogiem, by właściwie kierować swoim życiem – właściwie, czyli zgodnie z wolą Bożą. Piękne potwierdzenie tych słów znajdujemy w Dzienniczku św. Faustyny Kowalskiej: „dusza zbroi się przez modlitwę do walki wszelakiej. W jakimkolwiek dusza jest stanie, powinna się modlić. Musi się modlić dusza czysta i piękna, bo inaczej utraciłaby swą piękność (...) modlić się musi dusza grzeszna, pogrążona w grzechach, aby mogła powstać” (Dz 146).
Codzienna rozmowa z Najlepszym Ojcem będzie też skutkować większą łagodnością i roztropnością w kontaktach z innymi ludźmi. Modlitewne zjednoczenie z Bogiem przemienia nasze patrzenie na świat, rozmiękcza serce i realnie zmienia otaczającą nas rzeczywistość. To, że współczesny świat tak bardzo potrzebuje naszej modlitwy jest chyba faktem niezaprzeczalnym...

   A więc módlmy się...o przemianę serc, o życzliwe spojrzenia na bliźnich, o zwycięstwo miłości nad nienawiścią. Módlmy się o mądrość dla naszej młodzieży, o piękne małżeństwa i rodziny. Módlmy się o nowe powołania kapłańskie i asystencję Ducha Świętego dla naszych księży. Módlmy się o roztropność dla rządzących i chleb powszedni dla nas samych. Módlmy się wreszcie za tych, którzy uznali w swojej pysze i mniemaniu samowystarczalności, że Pana Boga nie potrzebują...by powrócili do Boga poprzez własny wysiłek i poszukiwanie... Módlmy się, by znak krzyża nie był czyniony dopiero w godzinie śmierci albo na skutek odgłosu wybuchu bomby...

 

Po co rekolekcje?


Adwent to czas, w którym w naszych parafiach przeżywamy rekolekcje. Kanon 770 Kodeksu Prawa Kanonicznego stanowi: „Proboszczowie zgodnie z zarządzeniem biskupa diecezjalnego powinni w pewnych okresach organizować to przepowiadanie, które nazywa się rekolekcjami i świętymi misjami”, a uchwała XLII Synodu Płockiego precyzuje: „Misje powinny odbywać się w każdej parafii przynajmniej raz na 10 lat, a rekolekcje (przynajmniej trzydniowe) - corocznie w okresie Adwentu i Wielkiego Postu” (kan. 276 § 1). Warto więc na początku Adwentu zapytać, co możemy zrobić, by ofiarowany nam czas rekolekcji dobrze wykorzystać?
Żeby zrozumieć, czym są rekolekcje i jak je mamy przeżywać, najlepiej będzie zacząć od tego, skąd się wzięło oznaczające je słowo. A wzięło się ono z języka łacińskiego: od re-colligo oznaczającego „znowu zbierać, przyjmować, odzyskać” (w formie zwrotnej se recoligere oznacza „ochłonąć, opamiętać się”) lub też od re-colo - „na nowo uprawiać, znowu się czymś zajmować, przywrócić, jeszcze raz rozważyć”. Chodziłoby więc o powrót do czegoś, powtórne rozważenie, zajęcie się czymś jeszcze raz. Czym? Naszym życiem.
W codziennym zabieganiu rzadko mamy czas, by się nad czymś głębiej zastanowić. W życie (także duchowe) wkradają się pewnego rodzaju automatyzmy. Z jednej strony ułatwiają nam one życie (bo przecież trudno codziennie, podejmując modlitwę, zadawać sobie pytanie: po co w ogóle się modlę), z drugiej jednak strony automatyzmy te mogą powodować spłycenie rozumienia treści religijnych, gdyż wiele rzeczy robimy bezmyślnie. Nie zastanawiając się głębiej nad prawdami naszej wiary i przyjmując je mechanicznie „bo wszyscy tak wierzą i wszyscy tak robią”, ryzykujemy, że w momencie próby nie będziemy w stanie swojej wiary obronić. Mówiąc obrazowo: z naszą religijnością jest tak, jak z meblami - z czasem pokrywają się coraz grubszą warstwą kurzu. Jeśli tego kurzu nie będziemy przynajmniej raz na jakiś czas ścierać, z czasem nie będziemy mogli rozpoznać nie tylko koloru, ale nawet kształtu naszych stylowych „Ludwików”. Tak samo jest z wiarą - jeśli nie będzie co jakiś czas „odkurzana”, po pewnym czasie stanie się szara i bezkształtna.
Doskonałą zachętą do tak rozumianych rekolekcji mogą się dla nas stać słowa, które w Bożym Imieniu skierował sędziwy św. Jan Apostoł do Kościoła w Efezie: „Znam twoje czyny: trud i twoją wytrwałość (…). Ale mam przeciw tobie to, że odstąpiłeś od twej pierwotnej miłości. Pamiętaj więc, skąd spadłeś, i nawróć się, i pierwsze czyny podejmij!” (Ap 2, 2-5).
Współczesność to coraz szybsze tempo życia. Wynalazki, które miały zapewnić nam więcej wolnego czasu, stały się „złodziejami czasu”. Okazało się bowiem, że owszem, dzięki współczesnej technice człowiek może zrobić więcej w krótszym czasie, ale wcale nie spieszy się do tego, by ten czas wykorzystać na odpoczynek i „pozbieranie się”. Wręcz przeciwnie - jest coraz bardziej rozbity wewnętrznie, gdyż albo stwierdza, że „zdąży jeszcze więcej zrobić” i nie odpoczywa, albo poświęca czas na bezwartościowe rozrywki - coś, co go „rozrywa”, rozbija wewnętrznie. Rekolekcje to dobry czas, by w tym całym zabieganiu „pozbierać się” (re-colligo!), a może też „ochłonąć, opamiętać się” (se recoligere).
Najczęściej starając się ocenić przeżycie rekolekcji, pytamy o to, jakie były nauki rekolekcyjne i z jakim skupieniem ich wysłuchaliśmy. Zapominamy jednak o tym, że rekolekcje wyrosły nie z praktyki „słuchania duchowego”, lecz „ćwiczeń duchownych”, zakładają więc nie tylko wysłuchanie nauk, ale własną aktywność, „ćwiczenie się” w życiu chrześcijańskim. Rekolekcje w naszym życiu będą na tyle owocne, na ile sami się w ich przeżycie zaangażujemy, na ile będziemy skłonni na nowo przemyśleć swoją wiarę i zgodnie z zachętą św. Jana „pierwsze czyny podjąć” (por. Ap 2, 5). Rekolekcje więc to także osobista refleksja, poświęcenie więcej czasu na modlitwę - zarówno indywidualną, jak i wspólną, w rodzinie.
Telewizor nie jest dobrym sprzymierzeńcem rekolekcji. On tylko „rozrywa”, powoduje, że zamiast wejść w siebie i w to, co dla mnie ważne, pozostaję na powierzchni, „zabijam czas”, marnuję go. Lepiej więc wyłączyć go na czas rekolekcji. Nie sprzyja też dobremu przeżywaniu rekolekcji głośna muzyka, wypędzająca ciszę, tak bardzo potrzebną do usłyszenia tego, co Bóg ma do powiedzenia o moim życiu.
Często narzekamy, że to życie jest ciężkie, że stawia przed nami takie trudne dylematy, że nie potrafimy właściwie wybrać i często żałujemy naszych wcześniejszych decyzji, mówiąc: gdybym wtedy wiedział! Rekolekcje są dobrym czasem na to, żeby przyjrzeć się naszym wyborom i zapytać Boga: co mam wybrać? Jak rozwiązać trudne sytuacje w moim życiu? Co zrobiłem źle i jak mogę to naprawić? Dlatego wielcy chrześcijanie ważne decyzje podejmowali zawsze po rekolekcjach. Ale żeby usłyszeć, co Bóg ma nam do powiedzenia, trzeba wyłączyć to, co zagłusza ciszę. Wtedy dopiero możemy „ochłonąć, opamiętać się” (se recoligere), i „odzyskać” (re-colligo) sens i cel życia.
Rekolekcje to „ćwiczenia”, a ćwiczenia są nierozerwalnie związane z czynem. I znów sięgnijmy do św. Jana Apostoła, który mówi: „Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi” (1 J 4, 20). Rekolekcje więc to także czas praktykowania miłości bliźniego. Wejście w siebie musi łączyć się z realizacją tego przykazania np. poprzez pojednanie w rodzinie, małżeństwie, z sąsiadami, kolegami w zakładzie pracy. Czynem rekolekcyjnym może być także np. wspólna kolacja przy świecach (a nie przy telewizorze), kiedy członkowie rodziny wreszcie ze sobą porozmawiają, na co tak często nie mają czasu w codziennym zabieganiu. Trzeba tylko wygospodarować ten czas, aby „ponownie zająć się” (re-colo!) swoją rodziną, „podarować sobie” czas nie tylko na wysłuchanie nauk, ale na praktyczne „ćwiczenia” w miłości.
I na koniec rzecz bardzo ważna: rekolekcje to także czas, by „odzyskać” (re-colligo) czystość duszy w sakramencie pojednania. Dobrze wiedzą o tym proboszczowie, skoro na ten właśnie czas zapraszają tylu spowiedników. Warto się do tej rekolekcyjnej spowiedzi dobrze przygotować przez dobry szczegółowy rachunek sumienia, zadośćuczynienie i pojednanie się z tymi, których przez moje grzechy skrzywdziłem oraz mocne postanowienie poprawy. Spowiednik czasem (zwłaszcza wtedy, kiedy już dłużej siedzi w konfesjonale) może być zmęczony, ale muszę pamiętać, że za jego pośrednictwem spotykam się z Bogiem, który odpuszcza mi grzechy. A przy okazji - warto też pomodlić się przed spowiedzią za księdza, który będzie mnie spowiadał, o potrzebne mu światło Ducha Świętego, żeby mógł mi dobrze pomóc, rozeznać, doradzić.
Zbliża się czas adwentowych rekolekcji. Wykorzystajmy je dobrze, aby „ochłonąć” „pozbierać się” i „odzyskać” to, co w codziennym zabieganiu zgubiliśmy.

Ks. Tomasz Opaliński, Po co rekolekcje? z „Niedzieli”, 49/2003

Orędzie Papieża Franciszka na XXIII Światowy Dzień Chorego 2015 r


Sapientia cordis.
«Niewidomemu byłem oczami,
chromemu służyłem za nogi»
(Hi 29, 15)


Drodzy Bracia i Siostry!

Z okazji XXIII Światowego Dnia Chorego, ustanowionego przez św. Jana Pawła II, zwracam się do was wszystkich, którzy nosicie ciężar choroby i na rozmaite sposoby jesteście złączeni z ciałem cierpiącego Chrystusa; jak również do was, którzy zawodowo i jako wolontariusze pracujecie w służbie zdrowia.

Tegoroczny temat zachęca nas do medytacji nad słowami z Księgi Hioba: «Niewidomemu byłem oczami, chromemu służyłem za nogi» (29, 15). Chciałbym ją podjąć w perspektywie sapientia cordis — mądrości serca.

1. Mądrość ta nie jest wiedzą teoretyczną, abstrakcyjną, wynikiem rozumowania. Raczej jest ona, jak opisuje ją św. Jakub w swoim Liście, «czysta dalej — skłonna do zgody, ustępliwa, posłuszna, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, wolna od względów ludzkich i obłudy» (3, 17). Jest ona zatem postawą wzbudzoną przez Ducha Świętego w umysłach i sercach tych, którzy potrafią otworzyć się na cierpienie braci i dostrzegają w nich obraz Boga. Dlatego posłużmy się słowami modlitwy Psalmu: «Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca» (Ps 90, 12). W tej sapientia cordis, która jest darem Boga, możemy zawrzeć owoce Światowego Dnia Chorego.

2. Mądrością serca jest służba bliźniemu. W mowie Hioba, która zawiera słowa: «Niewidomemu byłem oczami, chromemu służyłem za nogi», jest podkreślony wymiar służby potrzebującym ze strony tego prawego człowieka, który cieszy się pewnym autorytetem i zajmuje godne miejsce wśród starszych miasta. Jego wielkość moralna przejawia się w służbie ubogiemu, który prosi o pomoc, a także w trosce o sierotę i wdowę (por. Hi 29, 12-13).

Jakże wielu chrześcijan również dziś świadczy nie słowami, ale swoim życiem, zakorzenionym w szczerej wierze, że są «oczami niewidomego» i «stopami chromego»! Są to osoby będące blisko chorych, którzy potrzebują stałej opieki, pomocy w umyciu się, ubraniu czy spożywaniu posiłków. Ta posługa, szczególnie gdy jest rozciągnięta w czasie, może stać się męcząca i uciążliwa. Jest stosunkowo łatwo służyć przez kilka dni, ale trudno jest pielęgnować osobę przez wiele miesięcy lub nawet lat, także wówczas, gdy nie jest ona już w stanie wyrazić swojej wdzięczności. A jednak, jakże to wielka droga uświęcenia! W tych chwilach można liczyć w sposób szczególny na bliskość Pana, a jest się też szczególnym wsparciem dla misji Kościoła.

3. Mądrość serca to trwanie przy bracie. Czas spędzony u boku chorego jest czasem świętym. Jest wielbieniem Boga, który kształtuje nas na obraz swego Syna, który «nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu» (Mt 20, 28). Jezus sam powiedział: «Ja jestem pośród was jako ten, kto służy» (Łk 22, 27).

Prośmy z żywą wiarą Ducha Świętego, aby dał nam łaskę zrozumienia wartości towarzyszenia, często w sposób cichy, skłaniającego nas do poświęcenia czasu tym naszym siostrom i braciom, którzy dzięki naszej bliskości i naszej życzliwości czują się bardziej kochani i umocnieni. Jak wielkie kłamstwo kryje się natomiast w pewnych wyrażeniach, które kładą mocny nacisk na «jakość życia», skłaniając do uwierzenia, jakoby życie poważnie dotknięte chorobą nie było warte przeżycia!

4. Mądrość serca to wyjście poza siebie ku bliźniemu. Świat, w którym żyjemy, zapomina niekiedy o szczególnej wartości, jaką ma czas spędzony przy łóżku chorego, gdyż jesteśmy pochłonięci pośpiechem, gorączkowym działaniem, produkcją, a w ten sposób łatwo zapomina się o wartości bezinteresowności, zatroszczenia się o bliźniego, zajęcia się nim. W gruncie rzeczy u źródeł takiej postawy jest często letnia wiara, która zapomniała o słowach Pana, który mówi: «Wszystko to Mnieście uczynili» (por. Mt 25, 40).

Dlatego chciałbym przypomnieć raz jeszcze «absolutny priorytet ’wyjścia poza siebie ku bratu’», jako jedno z dwóch głównych przykazań stanowiących fundament wszelkich norm moralnych i jako najjaśniejszy znak, by dokonać rozeznania na drodze duchowego rozwoju, odpowiadając na absolutnie bezinteresowny dar Boga (adhort. apost. Evangelii gaudium, 179). Z samej natury misyjnej Kościoła wypływa «czynna miłość bliźniego, współczucie, które rozumie, towarzyszy i promuje» (tamże).

5. Mądrość serca to bycie solidarnym z bratem bez osądzania go. Miłość potrzebuje czasu. Czasu, aby leczyć chorych, i czasu na ich odwiedzanie. Czasu, aby być przy nich, jak przyjaciele Hioba: «Siedzieli z nim na ziemi siedem dni i siedem nocy, nikt nie wyrzekł słowa, bo widzieli ogrom jego bólu» (Hi 2, 13). Przyjaciele Hioba jednakże skrywali w sobie negatywny osąd o nim — myśleli, że jego nieszczęście było karą Bożą za jakąś jego winę. Natomiast prawdziwa miłość jest dzieleniem się bez osądzania, bez usiłowania nawracania drugiego; jest wolna od owej fałszywej pokory, która w gruncie rzeczy szuka uznania i chełpi się dokonanym dobrem.

Doświadczenie Hioba znajduje swoją autentyczną odpowiedź tylko w krzyżu Jezusa, najwyższym akcie solidarności Boga z nami, zupełnie darmowym, bezgranicznie miłosiernym. I ta odpowiedź miłości na dramat ludzkiego cierpienia, zwłaszcza cierpienia niezawinionego, pozostaje na zawsze wyryta w ciele Chrystusa zmartwychwstałego, w tych Jego chwalebnych ranach, które są zgorszeniem dla wiary, ale są również sprawdzianem wiary (por. homilia podczas kanonizacji Jana XXIII i Jana Pawła II, 27 kwietnia 2014 r.).

Nawet wówczas, gdy choroba, samotność i niepełnosprawność biorą górę nad naszym życiem, będącym darem, doświadczenie bólu może stać się uprzywilejowaną sposobnością przekazywania łaski i źródłem, z którego można czerpać i umacniać sapientia cordis. W ten sposób staje się zrozumiałe, że Hiob u kresu swego doświadczenia, zwracając się do Boga, mógł stwierdzić: «Dotąd Cię znałem ze słyszenia, teraz ujrzało Cię moje oko» (Hi 42, 5). Również osoby zanurzone w tajemnicy cierpienia i bólu, przyjętego z wiarą, mogą stać się żywymi świadkami wiary, która pozwala współistnieć z samym cierpieniem, pomimo że człowiek swoim umysłem nie jest w stanie do końca go pojąć.

6. Ten Światowy Dzień Chorego powierzam macierzyńskiej opiece Maryi, która przyjęła w swoim łonie i zrodziła Mądrość wcieloną, Jezusa Chrystusa, naszego Pana.

O Maryjo, Stolico Mądrości, jako nasza Matka wstawiaj się za wszystkimi chorymi i za tymi, którzy się nimi opiekują. Spraw, abyśmy w służbie cierpiącemu bliźniemu i przez samo doświadczenie cierpienia mogli przyjąć i rozwijać w sobie prawdziwą mądrość serca.

Do tej modlitwy w intencji was wszystkich dołączam moje Apostolskie Błogosławieństwo.


Watykan, 3 grudnia 2014 r., w liturgiczne wspomnienie św. Franciszka Ksawerego

Franciscus

Ich język lata...jak łopata

   Słyszałem od dobrej znajomej, że mój sąsiad miał niegroźną stłuczkę samochodem. Pół godziny później (w sklepie) dowiedziałem się, że sąsiad jest w szpitalu a auto przeznaczono do kasacji. Po paru godzinach od feralnego zdarzenia dochodzą do moich uszu informacje jakoby sąsiad znajdował się na intensywnej terapii – w śpiączce i z połamanymi kończynami…Co się okazało? Sąsiad rzeczywiście brał udział w małym incydencie na drodze, ale zniszczeniu uległo tylko boczne lusterko a kierowca bezpiecznie wrócił do domu dziękując Bogu, że nie stało się nic poważnego…I jak teraz wyglądają Ci, którzy wieszczyli rychłą śmierć kierowcy i widmo osieroconych dzieci? Podejrzewam, że zbytnio się tym nie przejęli i…powielają kolejne (nowe i sensacyjne) plotki. Nieważne, że kogoś przy okazji można obrazić, oczernić czy nawet „społecznie” zniszczyć. Ważne, że „jestem na bieżąco” i znam wszystkie tajemnice naszej wioski!
   Oczywiście, powyższa historyjka została wymyślona dla bardziej plastycznego ukazania problemu, ale wydaje się, że takie sytuacje zdarzają się bardzo często, a co najgorsze – zwykle nie widzimy w tym nic złego!
Grzechy języka…długo można wyliczać…gadulstwo, krytykanctwo, szyderstwo, wulgaryzmy, obmowa czy oszczerstwo…Najbardziej niebezpieczne wydają się dwa ostatnie wykroczenia przeciwko ósmemu przykazaniu Dekalogu – im też zostanie poświęcona druga część tegoż wywodu.
 
Obmowa – jest to (podyktowane brakiem taktu i wyczucia)  wyjawianie wad i uchybień drugiego człowieka. Jest to wprawdzie mówienie prawdy, ale czynione nieroztropnie i publicznie – może wyrządzić wiele szkód. Najczęstszym podłożem grzechu obmowy jest pycha(czegóż to ona nie jest podłożem…) i zazdrość.
Każdy człowiek ma prawo do prywatności i intymności. Jak wielkie jest grono ludzi, którzy przez całe życie noszą ciężar wstydliwego przezwiska – tylko dlatego, że ktoś kiedyś „chlapnął” o nich coś, co powinno zostać tajemnicą? Jak często patrzymy na poczciwego człowieka przez pryzmat jednego, głupiego wybryku czy incydentalnej chwili słabości? Ile razy nieroztropne mówienie o wadach drugiego człowieka stało się przyczynkiem do poważnego konfliktu społecznego czy rodzinnego? Czy zdajemy sobie sprawę ile zła możemy wyrządzić językiem?
 
Oszczerstwo – jest przypisywaniem bliźniemu krzywdzących, kłamliwych cech. Efekt – skompromitowanie osoby w oczach innych, ośmieszenie i poniżenie. Oszczerstwo jest o wiele cięższym gatunkowo wykroczeniem od obmowy. Cierpi tu niewinny człowiek, który dodatkowo nie ma żadnej możliwości obrony. Czy oczerniający ma świadomość jak wiele krzywd może wyrządzić? Jak wiele łez wylano z jego powodu? Jak wiele rodzinnych tragedii i trudnych do zaleczenia zranień?

   Przytoczę w tym momencie znamienny przykład, który doskonale obrazuje istotę i możliwe konsekwencje niepohamowywania własnego języka…

   Do słynącego z dużego poczucia humoru, świętego księdza Filipa Neri przyszła kiedyś kobieta z zamiarem przystąpienia do sakramentu pokuty. Już w konfesjonale miała wyznać, że jej największą wadą i notorycznie powtarzającym się grzechem jest obmowa. Święty, wysłuchawszy penitentkę, zadał jej taką pokutę… „Idź na targ, kup zabitą ale nie oskubaną kurę, następnie za miastem przejdź się kilka razy w tę i tamtą stronę, a w ciągu spaceru oskub całą kurę. Po skończeniu tej czynności wróć do mnie i zdaj mi sprawę z dokładnego spełnienia tego polecenia”  Kobieta pokornie poszła na pobliski targ, kupiła kurę i oskubała ją w drodze według polecenia. Niebawem wróciła do swego spowiednika, spiesząc się z opowiedzeniem mu o swej akuratności, oraz z żywą chęcią dowiedzenia się o znaczeniu tej dziwnej pokuty.
- Ach - rzekł święty - wiernie spełniłaś pierwszą część rozkazu lekarza twojej duszy. Wypełnij teraz drugą, a będziesz zupełnie uzdrowiona: Wróć na to samo miejsce, skąd przychodzisz, obejdź te same drogi, po których idąc skubałaś kurę, i pozbieraj wszystkie pióra, które rozrzuciłaś.
- Ależ to niemożliwe! - zawołała biedna kobieta. - To niewykonalne! Rzucałam pióra bez zastanowienia po obydwu stronach mojej drogi, wiatr je rozrzucał po polach. Jakże więc możesz żądać ojcze bym je pozbierała?
- A widzisz, moja córko - odpowiedział zakonnik. Obmowa to rzecz tego samego rodzaju co pióra, które wzbraniasz się zbierać po rozsypaniu. Twoje niebaczne słowa również rozeszły się w różnych kierunkach. Idź, dogoń je, jeśli możesz! Pamiętaj i nie grzesz więcej!

   Wielka jest przewrotność naszego języka – potrafimy szeptać czułe słówka, ale też i potrafimy nim kąsać jak wąż. Wypowiadane słowa wiele też mówią o stanie naszego ducha i inteligencji. Warto o tym pamiętać w momencie wygłaszania opinii, komentarzy czy w zwykłej rozmowie.
   Na koniec mocna i konkretna motywacja biblijna…
„Z każdego bezużytecznego słowa, które wypowiedzą ludzie, zdadzą sprawę w dzień sądu” (Mt 12, 35)

Happy New Year - czyli ciągle zaczynam od nowa...

   Pusta butelka po szampanie, resztki opakowania po fajerwerkach, sklepowy remanent, atrakcyjne wyprzedaże…tak! Mamy już Nowy Rok! Co nam przyniesie? Jaki dla mnie będzie? Czy spełnią się moje plany i zamierzenia? Czy będę zdrowy? Czy nie stracę pracy? Takie i podobne myśli kotłują się w naszej głowie i nikt chyba nie jest od nich wolny.      
   No więc Bogu dzięki dożyliśmy roku 2015…i co dalej? Jak to co? Szara codzienność…powrót do stresującej pracy, podwyżki, zeznanie podatkowe, finansowe dylematy, trudne poniedziałki i (za)krótkie weekendy…czyli wszystkiego po trochu…taka sałatka…choć w tym wypadku niezbyt zdrowa.
   Musi tak być? Niekoniecznie… Czas, którym dysponujemy, został nam dany przez Boga, nikt nie wie ile razy będzie mu jeszcze dane witać Nowy Rok…a jeśli to mój ostatni? Może więc warto na początku stycznia dokonać małego remanentu naszego życia i uporządkowania kwestii, które tego wymagają?
   Ileż to razy przy okazji adwentu, wielkiego postu czy właśnie rozpoczynającego się roku, czyniliśmy wzniosłe nieraz postanowienia? Ileż to razy bardzo szybko okazywało się, jak bardzo jesteśmy słabi i jak trudno zrealizować to, co tak łatwo sobie postanowiliśmy? W tym momencie przychodzi mi na myśl fragment tekstu młodzieżowej pieśni… „Ciągle zaczynam od nowa, choć czasem w drodze upadam…” To, że upadamy i będziemy upadać, jest tak pewne, jak to, że po zimie nastąpi wiosna, a jest to skutkiem grzechu pierworodnego i skażonej nim ludzkiej natury. Kluczową sprawą jest jednak ciągłe powracanie do Boga po każdorazowym upadku. Siłą jest tutaj pokora, która rodzi naszą świadomość zależności (we wszystkim co nas dotyczy) od Boga. Skoro więc w życiu i śmierci należymy do Boga ( Rz 14,8) to jedynym dla nas sensownym rozwiązaniem staje się wypełnianie Bożej woli i Jego przykazań.
   Łatwo i przyjemnie teoretyzować -  spróbujmy jednak do sprawy podejść praktycznie. W warstwie deklaratywnej jesteśmy mocni, ale wiara – jak człowiek tlenu – potrzebuje potwierdzenia w uczynkach. Dochodzimy więc wreszcie do najważniejszego w tym temacie pytania: Jak więc chodząc po ziemi – dotykać nieba i jednocześnie nie bujać głową w chmurach? Mission Impossible? Nie spróbujesz – nie zobaczysz!

A może tak…

Wstając rano uczynić znak krzyża i w kilku chaotycznie skleconych zdaniach poświęcić siebie i swoją rodzinę Panu Bogu…
Wychodząc z domu do pracy, wrzucić żonie do puszki z kawą małą karteczkę z napisem: „Kocham Cię”…
Zmówić „Ojcze nasz” w intencji pijaka, którego widzimy przed sklepem monopolowym na piętnaście minut przed otwarciem…
Zamilknąć, kiedy nadchodzi pokusa powtarzania zasłyszanych plotek i oszczerstw…
Zadzwonić do Kogoś, kto bardzo na to czeka…
Porozmawiać z sąsiadem, który ma lepszy samochód od mojego…
Uśmiechnąć się do kasjerki w supermarkecie…
Wyłączyć czasem komputer i zrobić kolację dla współmałżonka…
Sięgnąć czasem po Pismo Święte, znudzone ciągłym leżeniem na półce z książkami…

   Nie nakładajmy na siebie ciężarów nie do udźwignięcia, niech będą to małe gesty, drobne uczynki i malutkie (codzienne) zwycięstwa. Zwycięstwa nad lenistwem, pychą, zazdrością czy zniechęceniem. Małe rzeczy…ale to one pomagają w stawaniu się wielkim człowiekiem. To miłość do Boga i człowieka stanowi o wielkości człowieka.
   Od pierwszych chwil stycznia, życzymy sobie: „Szczęśliwego Nowego Roku”. My wiemy gdzie szukać prawdziwego szczęścia…jak głosi tekst piosenki Mesajah i Kamila Bednarka:

Ci, co znaleźli miłość prawdziwą,
swoje szczęście odnajdą
Ci którymi nie rządzi chciwość ,
swoje szczęście odnajdą
Ci, co wiedzą co to uczciwość,
swoje szczęście odnajdą
Masz przy sobie ludzi,
którzy zawsze ci pomogą
Murem staną za Tobą, więc doceń to!

   Nie wiem czy autor powyższego tekstu myślał podobnie jak ja, ale wiem, że kto raz odnajdzie prawdziwą miłość – Bożą miłość – ten może powiedzieć, że odnalazł szczęście i sens życia. Bez Boga nasze życie staje się jałowe jak tundra(to też Mesajah)

   Właśnie tej prawdziwej, Bożej miłości, życzmy sobie w Nowym Roku!  Emmanuel – jest z nami we wspólnocie Kościoła!  Jesteśmy w dobrych rękach…

 

Menu (nie tylko) świąteczne

   W wannie zapewne pływa już karp z wyrokiem skazującym, w lodówce - oprócz światła – mnóstwo kalorycznie bogatch produktów, choinka pięknie ubrana - niczym dziewczyna na pierwszą randkę, a prezenty jak co roku grają znowu w chowanego… Jeszcze tylko kilka dni, jeszcze ostatnie zakupy, jeszcze spadnie (być może) pierwszy śnieg i możemy świętować… Wszystko przygotowane, teraz tylko wypatrywać pierwszej gwiazdki…
   Powyższe rytuały stały się dla nas oczywistością i na stałe zagościły w naszych domach. Dbałość o rzeczy materialne i pokarm dla ciała przychodzi nam z łatwością…kiedy jednak przypominamy sobie, że oprócz ciała mamy także (a może przede wszystkim) duszę – oczywistość dziwnym trafem przybiera odcienie niewiedzy i niezrozumienia, które rodzą tysiące pytań niewiadomego pochodzenia.

   Po tym ciężkostrawnym, aczkolwiek koniecznym wstępie przypomnijmy sobie rzecz oczywistą – Dusza nieskończenie bardziej od ciała wymaga dbałości i adekwatnego dla niej pokarmu! No właśnie – czego pragnie dusza człowieka, by zaspokoić głód? Jest to głód piękna, mądrości i dobra. Jak zadośćuczynić temu pragnieniu naszej duszy?

Eucharystia – największe źródło łask i podstawowy pokarm duszy. Jest to swoiste zjednoczenie z uobecnianą każdorazowo na ołtarzu ofiarą Jezusa. Wielka to tajemnica naszej wiary i niezasłużony dar dla całej wspólnoty Kościoła – Bóg, który realną obecnością pod postaciami chleba i wina jednoczy i przemienia grzeszników. Eucharystia okazuje się więc (przepraszam za porównanie) najbardziej ekskluzywnym rarytasem dostępnym na co dzień.

Modlitwa – rozmawiam z Bogiem, bo jestem Jego dzieckiem. Rozmowy z rodzicami czasami są trudne, często męczące ale nigdy nie pozostają bez odpowiedzi… Często wydaje się, że Bóg milczy, że nasze słowa trafiają w próżnię, że modlitwa jest bezcelowa… Święta Faustyna Kowalska tak pisze o modlitwie:
„Dusza zbroi się przez modlitwę do walki wszelakiej. W jakimkolwiek dusza jest stanie powinna się modlić. – Musi się modlić dusza czysta i piękna, bo inaczej utraciłaby swa piękność; modlić się musi dusza dążąca do tej czystości, bo inaczej nie doszłaby do niej; modlić się musi dusza dopiero co nawrócona, bo inaczej upadłaby z powrotem; modlić się musi dusza grzeszna, pogrążona w grzechach, aby mogła powstać. I nie ma duszy, która by nie była obowiązana do modlitwy, bo wszelka łaska spływa przez modlitwę”   
Modlitwa jest i zawsze będzie walką – z sobą samym, z własnymi słabościami, z szatanem, który niestrudzenie zasypuje nas rozproszeniami, zniechęceniem czy okolicznościami, które odrywają nas od dialogu z Bogiem.  

Lektura –   „Powiedz mi, jakie masz książki w domu, a powiem Ci, kim jesteś” (Jarosław Iwaszkiewicz). Kiedy ostatnio przeczytałem jakąś książkę?  Czy sięgam po prasę religijną czy jedynym jej przedstawicielem w domu jest gazetka parafialna? Dlaczego zdarza mi się kupić „Gościa Niedzielnego” tylko wtedy, gdy do gazety dołączona jest płyta z filmem lub kalendarz? Zwróćmy uwagę na fakt, że obecnie najczęściej na tematy związane z Kościołem i wiarą, wypowiadają się osoby, które nawet nie ukrywają swojego wrogiego stosunku do Bożych rzeczywistości. Czy właśnie takie osoby mają kształtować nasze myślenie i światopogląd? Jeżeli zabraknie w naszym życiu katolickiej lektury w postaci książki czy prasy – wtedy pozostanie nam tylko wysłuchać co na temat wiary i Kościoła zechce nam powiedzieć komercyjna stacja telewizyjna czy treściowo płytki -  jak Mała Panew w lipcu – brukowiec

Rozmowa – codziennie wypowiadamy tysiące słów…Czy mam świadomość, że słowem mogę kogoś obdarować, pocieszyć, poprawić humor czy podnieść na duchu? Słowem mogę także kogoś upokorzyć, obrazić czy wprawić w zakłopotanie. Słowo ma wielką moc sprawczą i zarazem plastyczną zdolność opisywania człowieka, który te słowa wypowiada. W kontekście zdrowia naszej duszy, bardzo ważne jest, byśmy świadomie wybierali na swoich rozmówców ludzi, którzy potrafią nas ubogacić swoim słowem. Rozmawiajmy więc z osobami, których słowa naznaczone są życiowym doświadczeniem, roztropnością i mądrością. Jak często nasze rozmowy są jałowe jak tundra…

   Powyższe przykłady sygnalizują zaledwie temat duchowej strawy dla duszy człowieka. Trzeba też pamiętać, że każdy z nas ma prawo i możliwość modyfikowania i ubogacania swojego duchowego jadłospisu. Jedna zasada  pozostaje niezmienna – szukajmy wartościowego pokarmu dla naszej duszy – wszakże jest ona przestrzenią zarezerwowaną dla Pana Boga. Czy takiego Gościa możemy podjąć we własnym domu serwując parówki?

   W czasie, gdy tak bardzo zajęci jesteśmy dbałością o rzeczy materialne, warto przypomnieć sobie także prawdę o tym, że jesteśmy jednością ciała i duszy, duszy, która w odróżnieniu od ciała -  naznaczona jest nieśmiertelnością. Po co to wszystko? Po to by uniknąć sytuacji o której mówił Seneka: „ Dopiero gdy choroba zabija nasze ciało, zazwyczaj wtedy przypominamy sobie o istnieniu duszy”.

Niedziela Gaudete - radujmy się!

  "Wesoło w imię Boże, a Pan Bóg dopomoże"

Parę dni temu, przeglądałem mój pierwszy pamiętnik, który założyłem jeszcze w podstawówce. Oprócz miłych wpisów kolegów i koleżanek z klasy, jeden ma dla mnie szczególne znaczenie i wartość. Treść jest następująca: “Wesoło w imię Boże, a Pan Bóg dopomoże” (bł. Urszula Ledóchowska). Obok zgrabnie naszkicowana buźka uśmiechniętego Smerfa… To wpis mojego brata…Nie wiem dlaczego ale wielokrotnie, w różnych życiowych sytuacjach, przypominałem sobie o tych słowach i o tym wpisie. Może dlatego, że zawsze podziwiałem mojego starszego brata za Jego wiarę i zaufanie do Pana Boga…
   Dlaczego więc mamy się śmiać? Świadomość bycia dzieckiem Bożym i nadzieja życia wiecznego jest chyba wystarczającym powodem do radości i optymizmu. Oczywiście, nie jesteśmy wolni od cierpienia i trudnych doświadczeń życiowych, ale nasze powołanie do świadczenia o Miłości, zakłada, by czynić to z radością i chrześcijańskim entuzjazmem. Właśnie święta Urszula Ledóchowska przekonuje, że ” Potrzeba nam świętej radości, wesela Bożego. Dusza bez radości, to dusza bez siły, bez odwagi i energii”. Skąd więc czerpać tę radość? Z Bożej miłości, która przeznaczyła nas do wiecznej szczęśliwości i radowania się obecnością Trójcy Przenajświętszej i wszystkich świętych. Mocniejszym jeszcze potwierdzeniem tych  słów jest fragment listu św. Pawła do Filipian, w którym apostoł wyraźnie nawołuje do radości, która jest darem Ducha Świętego i oznaką pokoju w sercu. Tak pojęta radość domaga się podzielenia nią z bliźnim…  Jak jednak dzielić się radością, zachowując przy tym przyzwoitość, stosowność i delikatność?
Najważniejsze, by mieć świadomość komu opowiadamy dowcip czy anegdotę. Nie zważając na to konieczne założenie, możemy nieopatrznie kogoś obrazić lub wprawić w stan zakłopotania. Trzeba też pewnej delikatności i wyczucia w tej materii, by nie męczyć kogoś swoimi opowieściami, kiedy ktoś wyraźnie sobie tego nie życzy. Nie trzeba też chyba nikogo przekonywać, że są pewne granice dobrego smaku i stosowności w opowiadaniu dowcipów. Przesada w tej kwestii bardzo często sprawia, że żart staje się żenujący i kłopotliwy w odbiorze. Potrzeba tu dużej dozy roztropności i pewnego wyczucia, które pozwala rodzić uśmiech i zdrowe emocje u słuchaczy.
   Jeszcze raz odwołam się w tym miejscu do świętej Urszuli Ledóchowskiej, która pisze: ” Uśmiech na twarzy pogodnej, świadczy o szczęściu wewnętrznym duszy złączonej z Bogiem, mówi o pokoju czystego sumienia, o beztroskim oddaniu się w ręce Ojca Niebieskiego, który karmi ptaki niebieskie, przyodziewa lilie polne i nigdy nie zapomina o tych, którzy mu do granic ufają” Trudno nie zgodzić się z tymi słowami. A więc uśmiechajmy się! Chrześcijanin to człowiek radosny, bo – jak czytamy w Pismie Świętym -  ” Cóż ci może się stać, jeśli Boga za Ojca masz? Nawet jeśli Ojciec często karci czy doświadcza swoje dzieci – jest to dla nas czytelny znak Bożej troski o nasze zbawienie. Szatan z kolei nie może znieść uśmiechu na twarzy człowieka, bo jest on pewną manifestacją pokoju ducha i obrazem stanu naszego serca, którego przeznaczeniem jest przecież radość wieczna.
   Radujmy się więc, bo Pan jest blisko, Pan, który – jak czytamy w Apokalipsie – „Otrze każdą łzę z naszych oczu”. Życzę  - w niedzielę Gaudete – byśmy zawsze, nawet w najbardziej prozaicznych sytuacjach potrafili obdarzać siebie uśmiechem, by chwile radości ubarwiały naszą codzienność, która – choć często szara i niełatwa – przybliża nas do rzeczywistości gdzie radość jest podstawą bytowania.
   Wypada być może na koniec przytoczyć pewne historie, które – jak mniema autor powyższych rozważań – wywołają mały uśmiech lub poprawią nieco nastrój czytelnika, któremu łaska Pana Boga pozwoliła doczytać tekst do tego miejsca…
   Pewien pobożny parafianin(nie był to mieszkaniec Kielczy), zapytał kiedyś swojego proboszcza: ” Proszę księdza, czy dostanę się do nieba, jeśli ofiaruję parafii 100 tysięcy złotych? Ksiądz odpowiedział: ” Ręczyć nie mogę, ale warto próbować, synu…”
   Życie wspólnoty kościoła rodzi często niezwykle barwne i śmieszne sytuacje, oto w pewnej parafii, w czasie rekolekcji ogłaszana jest informacja, że po mszy będzie miała miejsce nauka stanowa dla mężczyzn. Po błogosławieństwie, kiedy wszystkie kobiety udawały się do wyjścia, usłyszały męski chór śpiewający pieśń ku czci świętego Józefa: ” Idźcie precz, marności światowe, boście mnie zagubić gotowe…” Zastanawiam się ilu mężczyzn musiało samotnie przygotować sobie kolację po powrocie z kościoła…
   Panie Boże, niech nasza radość będzie autentyczna i ugruntowana w sercu przepełnionym Twoją miłością. Pozwól nam radować się szczerze i taktownie a kiedy przyjdzie kres naszej ziemskiej wędrówki, przyjmij nas do Twojej, wiecznej radości…Amen.

Młodzieżowe Himalaje

   Brawurowe zdobycie szczytu nie przesądza jeszcze o sukcesie wyprawy...Pozostaje jeszcze trudna i niebezpieczna droga do bezpiecznej bazy.
 
   Himalaizm to niezwykle ekstremalna ale i piękna idea -  miesiące przygotowań, rozeznania logistyczne, pozyskiwanie niezbędnych funduszy, trudne rozstania, miesiące rozłąki, wreszcie bezpardonowa i dramatyczna często walka z żywiołem i nieludzkimi warunkami atmosferycznymi. Od młodzieńczych lat podziwiam tych ludzi, którzy potrafią zmusić swój organizm do nieludzkiego wręcz wysiłku, dążąc mozolnie i z niespotykaną determinacją do wyznaczonego sobie celu. Z wielką przyjemnością wspominam moją młodzieńczą fascynację literaturą wysokogórską, traktującą o niewyobrażalnych wyczynach Jerzego Kukuczki, Reinholda Messnera czy Krzysztofa Wielickiego. W Himalajach wszystko musi być dokładnie zaplanowane, przemyślane i precyzyjnie realizowane. Nakreślony plan musi być wypełniany bardzo skrupulatnie i punkt po punkcie. Nie można niczego dodać czy z czegoś zrezygnować. Właściwa wyprawa zaczyna się od przetransportowania całego ekwipunku do tzw. bazy głównej. Kolejnym etapem jest mozolna wspinaczka do góry, zakładanie lin poręczowych i kolejnych obozów, które sukcesywnie pozwalają z coraz większą nadzieją myśleć o ataku szczytowym. Tyle tytułem wstępu... ale co ma wspólnego młody człowiek ze wspinaczką wysokogórską?
   Nie trzeba być pedagogiem czy socjologiem, by wiedzieć co nieco o życiu młodego pokolenia, lansowanych postawach czy obecności narkotyków i alkoholu na imprezach organizowanych przez bardzo młodych ludzi. Wszyscy wiemy jak przerażająco niski okazuje się często wiek inicjacji seksualnej, jak niezrozumiałe i dziwne są czasami młodzieżowe poglądy na świat i jak trudno dziś dyskutować z młodym człowiekiem o prawdziwych wartościach. Nierzadko okazuje się, że nastolatek, który z racji niedojrzałego wieku powinien inwestować we własny rozwój duchowy, społeczny i intelektualny - ma już "zaliczone" wszystkie możliwe inicjacje - i co najgorsze - jest z tego dumny! W takiej postawie ugruntowuje go najczęściej otoczenie, które akceptuje takie zachowania i taki sposób bycia. Nie pozostaje dla mnie obojętna, często odbierana od otoczenia informacja o kolejnym rozpadzie młodego stażem małżeństwa. Zupełnie niezrozumiałe wydają się nam decyzje młodych małżonków o rozstaniu i rozwodzie. Dlaczego coraz częściej w statystykach pogotowia ratunkowego, pojawiają się wyjazdy do osób, które postanowiły zakończyć swoje życie z powodu utraty pracy czy zawodu miłosnego? Dlaczego skala tych zjawisk sukcesywnie wzrasta? Czy jesteśmy w stanie zlokalizować podłoże tych negatywnych zjawisk i postaw? Problem jest niezwykle złożony i bardzo trudno tu o jednoznaczne i trafne oceny…ale spróbujmy…
   Jak wspomniałem na wstępie, by zdobyć ośmiotysięcznik, trzeba postępować zgodnie z planem, który został pracowicie nakreślony, z uwzględnieniem wszelkich niebezpieczeństw, doświadczeń i możliwych scenariuszy rozwoju wypadków. Tylko taka taktyka i sposób postępowania daje jakiekolwiek szanse na powodzenie, czyli zdobycie szczytu. Młodzi ludzie, którzy dzisiaj najczęściej nie chcą słuchać rad autorytetów i uważają, że na podstawie swoich skromnych doświadczeń życiowych (nabytych w szkole, klubie czy parku) są w stanie pokierować swoim życiem tak, by być szczęśliwymi i spełnionymi - popełniają rażący i tragiczny w skutkach błąd - ZACZYNAJĄ OD SZCZYTU... Jak bowiem inaczej nazwać postawę zauroczonych sobą młodych ludzi, którzy w imię "miłości" pieczętują swoją krótką znajomość aktem płciowym? Jak określić postawę nastolatka, który imprezę u kolegi kończy w stanie całkowitej utraty świadomości? Czy w świetle powyższych przykładów możemy sobie wyobrazić lekarza bez dyplomu, mechanika bez warsztatu czy piekarza bez mąki? Dlaczego tak często dzisiaj można natknąć się na pijanego nastolatka, naćpanego gimnazjalistę czy wyuzdaną i wulgarną dziewczynę? Już tak bardzo nie dziwi nowina o kolejnym rozwodzie młodego małżeństwa gdy zmusimy siebie do krótkiej refleksji i zadania pytania: Od czego zaczynali piękny okres narzeczeństwa? Czy zdołali w tym całym zauroczeniu sobą, zaprosić Boga do swojego związku? Czy pomyśleli przez moment co ich naprawdę łączy - fascynacja cielesnością drugiej osoby czy coś więcej? Czy przypadkiem wstępem do wspólnego życia nie okazał się seks, który powinien być pięknym, szczytowym elementem związku (ale) małżeńskiego? Czy nastolatek, dla którego alkohol staje się niezbędny na imprezie, zastanawia się przez moment jaką przyszłość funduje swojej żonie i dzieciom, którym kiedyś będzie ślubował przed Bogiem? Oczywiście, można swoją życiową wspinaczkę rozpoczynać od szczytu, ale jak pokazuje doświadczenie, po chwili euforii i szczęścia trzeba zmierzyć się z równie trudnym (a może i trudniejszym) zadaniem - trzeba zejść i żyć ze świadomością zdobywcy. Jest to czas, gdy opadają emocje i poziom adrenaliny, ale pozostaje niebezpieczeństwo i ciągle trudna droga do przebycia.
    Jak trudno będzie żyć młodym ludziom ze świadomością zdobycia szczytu w nieodpowiednim czasie, w sposób nieuprawniony, korzystając z niedozwolonych szlaków na skróty? Czy aby zdają sobie sprawę z faktu, że gdzieś w okolicach szczytu są też niebezpieczne szczeliny, urwiska i zawsze możliwe lawiny?
    Boże, błogosław tym młodym, którzy zdobywają nieznane sobie tereny w sposób nieuprawniony, którzy zdobywają szczyty wykorzystując drugiego człowieka jako środek do osiągnięcia celu. Kiedy zgubią drogę do bezpiecznej bazy - daj im Boże drugą szansę, by mogli zacząć nową wyprawę, z Najlepszym Przewodnikiem i słodkim bagażem życiowego doświadczenia. Amen.

Wierzący podpierający...

Pan Bóg jest wszędzie - nawet przy płocie…czyli byłem w Kościele czy obok Kościoła?

   Temat bardzo drażliwy, unikany przez proboszczów, zawieszonych pomiędzy chęcią powiedzenia prawdy a realnym niebezpieczeństwem skłócenia parafii. Marketingowo i zewnętrznie wygląda to nawet nieźle - przejeżdża ktoś niedzielnym rankiem koło kościoła i widząc tyle osób podpierających kościelny płot - pomyśli, że w świątyni już nie ma miejsca, a ci, którzy są na zewnątrz, w nieukojonym żalu biją się w piersi i żałują szczerze, że nie wstali trochę wcześniej by wejść na ucztę Eucharystyczną. Na osłodę pozostaje im funkcja świątynnego ochroniarza lub parkingowego. Te zjawisko ma też bardzo konkretny wymiar edukacyjny - ministrant idący z tacą przez plac kościelny, może się dowiedzieć jaki jest obecny kurs euro, ile będziemy płacić za wywóz śmieci i czy Bayern wygra z Borussią...
   Wiem, czepiam się... ale czy można machnąć ręką na sytuację, kiedy w czasie Mszy Świętej widzę byłego ministranta, który pod płotem toczy dysputy o japońskiej motoryzacji czy wyższości Górnika nad Legią? Czy mamy się znieczulić na obrazy rodziców, którzy stoją (w czasie Mszy) ze swoimi pociechami w takiej odległości od Kościoła, że nawet zewnętrzny głośnik nie daje rady? Nie chcę nawet pytać w tym momencie, czy taki Ktoś był na Mszy czy nie?
   Śpieszę z koniecznym wyjaśnieniem... Tekst nie dotyczy osób, które dotknięte są jakąkolwiek chorobą czy niedyspozycją, która wyklucza uczestnictwo we Mszy wewnątrz kościoła. Nie dotykam też w żaden sposób rodziców małych dzieci, które swoim zachowaniem często wręcz wymuszają konieczność wyjścia z kościoła. Takie sytuacje są powszechnie akceptowane i rozumiane. Pan Bóg też doskonale zdaje sobie sprawę z naszych niedyspozycji, chorób czy innych ograniczeń.
Zawsze bardzo mocno przemawiały do mnie radykalnie ujęte słowa Jezusa na temat tych, którzy sieją zgorszenie (kamień u szyi i do wody)...czy nie mamy w tym przypadku do czynienia właśnie z czymś takim? Czy siedząc w ogródku przyjaciela, w dniu Jego urodzin, mogę mówić, że byłem na imprezie? Delikatnie, z miłością ale reagujmy na takie sytuacje! Jeśli pogrążymy się w bierności, to za kilka lat w niedzielny poranek "ochroniarze" pójdą do Tesco a "parkingowi" na stadion. My wygodnie rozsiądziemy się w kościelnych ławkach i wysłuchamy kazania o konieczności potwierdzania wiary życiem...

Fałszywy Sufler

   Osobowe Zło, Szatan, Diabeł, Oszczerca, Oskarżyciel...
   Oferta Last Minute... nowoczesny samolot, egzotyczne miejsce, luksusowy hotel, miła i kompetentna obsługa, klimatyzacja i all inclusive... Jednym słowem - miodzio w pysiu, full wypas i jazda na całego! Nic tylko płacić i korzystać z raju na ziemi. Po czasie okazało się, że samolot rzeczywiście był nowoczesny...ale 15 lat temu, hotel też - pięciogwiazdkowy (dwie sztuki ktoś dorysował ), obsługa może i miła, ale nie dla turystów, klimatyzacja - owszem działa - dwie godziny dziennie...itp...A miało być tak pięknie, taki piękny plakat, tacy szczęśliwi ludzie na folderowym zdjęciu... OK! zdarza się, ale co to ma wspólnego z tematem? Chyba każdy z nas doświadczył już w życiu sytuacji, w której poczuł się oszukany, okłamany czy wystawiony do wiatru. Zawiódł przyjaciel, zadziałała magia telewizji, przyszło płacić za łatwowierność czy nieuzasadnione zaufanie...
   Ojciec kłamstwa i iluzji...ten, który nie chce by o nim mówiono i by uznano go jedynie za maskotkę, symbol i wymysł średniowiecza. Mistrz marketingu, odgadujący bezbłędnie potrzeby klienta i wybitny strateg, potrafiący zastosować skuteczną taktykę, pozwalającą osiągnąć żądany cel. Potrafi (prawie) wszystko...zawładnąć umysłem, wpływać na postrzeganie pewnych sytuacji czy zachowań, jak nikt potrafi logicznie wytłumaczyć powzięty w umyśle zamiar - by doprowadzić do jego realizacji. Ma piękny, zmysłowy głos, którego używa do udzielania jedynie słusznych rad i podsuwania gotowych rozwiązań. No...niezły przeciwnik...Jak z nim walczyć? Czy to w ogóle możliwe? To trochę jak boksować z Kliczką, strzelić więcej bramek niż Lewandowski i równocześnie być bogatszy niż Bill Gates... Mission Impossible? Niekoniecznie.
   Jego pokarmem jest nienawiść, radością (która paradoksalnie powiększa cierpienie i frustrację) jest każda udana próba doprowadzenia człowieka do grzechu. Jego wściekłość i determinację potęguje koszmarna świadomość absolutnej beznadziei i niemożności odmiany swojego wiecznego stanu potępienia. Efekt pychy - non serviam - odmowa czci Jedynego Boga.
Patrzymy na świat i zdaje się, że Szatan króluje - deptane są wartości, przoduje egoizm, pod szyldem wolności tryumfuje samowola, człowiek coraz częściej przeobraża się w zwierzę a nieczułość i wyrachowanie przedstawia się jako oznakę siły i wartości człowieka. Co robić? Pogrążyć się w bezczynności i biernie oczekiwać Paruzji? Jak walczyć z kimś, kto zna moje słabe strony, moją ograniczoność i słabość? Zdając się na własne siły, stajemy się bezradni jak ryba w piaskownicy...
   Częsta i szczera spowiedź, Eucharystia - źródło i szczyt chrześcijańskiego życia, dążenie do prawdziwej wolności ukrytej w Dekalogu i stan łaski uświęcającej... Czyste serce jest wyrazem " błogosławionego stanu" człowieka, z którego rodzi się pokój i dobro. Tylko Bożą mocą jesteśmy w stanie skutecznie walczyć ze złem. My zwyciężamy miłością, siłą, która od Boga pochodzi i w Bogu znajduje swoje dopełnienie. Boże, zło jest tak przeogromne i niezrozumiałe, ma oczy szakala i zajadłość hieny - bądź ze mną w codziennej walce z tą watahą...

Nastroje we dwoje...

...czyli o zakochaniu, miłości, wierności i odpowiedzialności.
   " Ja - Iks, biorę Ciebie - Igreko za partnerkę i oświadczam Ci, że jest mi z Tobą dobrze w wymiarze duchowym i fizycznym. Będę z Tobą tak długo aż stan ten nie ulegnie zmianie" Nie może tak być? Szczerze, nowocześnie, bez składania deklaracji trudnych do zrealizowania. Po co mówić o wierności i oddaniu na całe życie skoro liczne przykłady pokazują, że to być może tylko pobożne życzenia i zaklinanie rzeczywistości? Nie wolno nam tak żyć? Kto nam zabroni? Po co te całe zamieszanie z Kościołem i Sakramentem? Jesteśmy wolni i sami decydujemy o swoim życiu i szczęściu. Po co nam jakiś "papierek" i cały ten kościelny cyrk?
Tylko, że ten "kościelny cyrk" to w istocie rzeczy sprawa kluczowa, bo wypowiadając sakramentalne "tak" , bierzemy Pana Boga za świadka naszej prawdomówności i bezwarunkowo szczerego oddania siebie drugiej osobie. No właśnie - osobie... Trudno się dziwić narastającej fali rozwodów i rozbitych małżeństw, gdy osoba traktowana jest często jak rzecz (a ta - może się znudzić), jak partner (partnera można zmienić - jak w biznesie) czy jako środek do osiągnięcia własnej satysfakcji czy innych korzyści (zgrabne nogi, kształtny biust czy fakt posiadania bogatych rodziców). Wiele "nowoczesnych" par narzeczeńskich zdaje się utożsamiać stan zakochania czy fascynacji cielesnością drugiej osoby z miłością...Hm...od stanu zwanego z niemiecka "Schmetterlinge in Bauch" do miłości jest tak daleka droga jak z Opola do Sydney. Stan zakochania skutecznie wpływa na postrzeganie naszego "obiektu westchnień" W tym stanie tworzymy sobie obraz idealny a nie realny. Wszelkie wady są niedostrzegalne i niewidoczne. Upływający czas dodaje dopiero realnych kolorów namalowanej w umyśle, idealnej osobie. Potrzeba więc czasu, by mówić o miłości, czasu, który uczy jak dawać siebie nie tracąc niczego.
   Zakochanie jest tylko pewnym etapem dochodzenia, dojrzewania do miłości. Biegnący czas pozwala dopiero zakochaniu przerodzić się w miłość a potrzebę bliskości w trwałą więź między kobietą a mężczyzną. Zakochanie bazuje tylko na uczuciach, rodząca się miłość zakłada także odpowiedzialność, troskę i poświęcenie.
Dojrzała miłość jest chceniem dobra drugiej osoby, jest pożądaniem całej osoby a nie tylko jej ciała, jest wreszcie odpowiedzialnością za życie i rozwój "drugiej połówki". Dopiero takie założenia, dają zielone światło myśleniu o małżeństwie i rodzinie. Jest to też swoiste przygotowanie do zaproszenia Pana Boga do swojego związku, który otwarty jest na dobro współmałżonków i na zrodzenie potomstwa. Skoro Jezus, będąc na weselu, przemienił wodę w wino, nie będzie czynił większych jeszcze cudów w małżeństwie budowanym na Bożym fundamencie?
   Miłości nie można znaleźć i zdeponować we wspólnym, małżeńskim depozycie, ciesząc się z jej posiadania. Miłość trzeba pielęgnować, rozwijać i upiększać. Każdego dnia wspólnego życia trzeba też przypominać o swojej miłości do współmałżonka. Nie chodzi tu o słowa, czasem i powstrzymanie się od skomentowania danej sytuacji czy zachowania staje się wyrazem miłości i dbałości o związek. Alfred Hitchcock powiedział kiedyś że: "Naprawdę ożeniony jest człowiek dopiero wtedy, kiedy rozumie każde słowo, którego nie wypowiedziała jego żona" . Niezła i niezwykle trafna wskazówka dla facetów! Są takie dni, kiedy zrozumienie kobiety trąci sportem ekstremalnym ale próbować trzeba... Z drugiej strony, kochająca żona potrafi zaakceptować męskie hobby swojego męża, choć w żaden sposób nie potrafi tego zrozumieć. Prawdziwe schody zaczynają się jednak w momencie, gdy miłość rodzi owoce...
Syn zapamięta na całe życie wspólną, męską wyprawę z ojcem na ryby. Nieważne, że zabłocone spodnie trzeba było wyrzucić, a w butach było dwa centymetry wody i dwie pijawki...Jak przywita wracających z wyprawy swoich mężczyzn, mądra i wyrozumiała Pani domu? Jak zareaguje troskliwy mąż i ojciec, kiedy żona i córka wracają po czterogodzinnym pobycie w Galerii, informując, że trafiły na super promocję i kupiły parę ciuchów za jedyne kilkaset złotych?
Który facet nie ma ochoty czasem rozwalić wszystkie przymierzalnie w butiku w nadziei, że żona w końcu zdecyduje coś kupić i wyjść? Która żona nie zastanawiała się choć raz, jak można przez dziewięćdziesiąt minut oglądać dwudziestu dwóch idiotów biegających za skórą, popijając piwem i zagryzać chipsami o smaku bekonu? ( He, he, - można, można... - przepraszam...) Najważniejsza w tym wszystkim jest dobra wola i stałe, dwustronne myślenie o dobru małżeństwa i rodziny. Czasem trzeba z czegoś zrezygnować, czasem przemilczeć pewne sprawy, nierzadko trzeba zaprzyjaźnić się z pojęciem "kompromis"...Wiem, wiem...łatwo napisać - trudniej żyć. Jednak to co zdobywamy w trudzie ma wielką wartość!
   Powyższe przemyślenia podbudowane są dziesięcioletnim stażem małżeńskim i dziewięcioletnim - ojcowskim. Autor powyższych słów jest szczęśliwym mężem i ojcem. Wszystkim zakochanym życzę, by ten stan przerodził się w dojrzałą i piękną miłość. Rodzinom - by budowały swoje szczęście na Chrystusie i zawsze pamiętały, że "Amor vincit omnia”

Vanish dla duszy

   Każdego z nas czeka spotkanie z Kimś zupełnie wyjątkowym, nieuchronność takiego doświadczenia wymaga specjalnego przygotowania...
   Temat rzeczy ostatecznych człowieka podejmowany jest w naszych kościołach niezwykle rzadko. Nie przypominam sobie, kiedy ostatni raz wysłuchałem kazania dotykającego problemu sądu ostatecznego, piekła, nieba czy stanu pośredniego zwanego czyśćcem. Właśnie nad rzeczywistością ostatniego z wymienionych stanów chciałbym się dzisiaj pochylić. Powszechnie czyściec określany jest jako stan duchowego cierpienia, jaki znoszą ci, którzy nie zasłużyli na piekło, ale nie są jeszcze wystarczająco duchowo dojrzali, by doświadczać szczęścia nieba. Jest to więc bolesny proces, w którym dusza ma możliwość oczyszczenia i uzyskania doskonałości. Nauka Kościoła mówi więc wyraźnie o konieczności cierpienia, ale równocześnie przypomina, że dusze w czyśćcu znajdują się w stanie łaski uświęcającej, przez co posiadają nadprzyrodzone cnoty wiary, nadziei i miłości. Są też w pełni świadome swoich win, uwypuklonych z całą rzetelnością przez sąd szczegółowy.
   Zachwycająco plastycznie opisuje stan pośredni św. Katarzyna z Genui w swoim Traktacie o czyśćcu: " Niebo nie ma bram i każdy, kto zechce, może do niego wkroczyć, ponieważ Bóg jest pełen miłosierdzia. Bóg stoi przed nami z rozpostartymi ramionami, by przyjąć nas do swojej chwały. Lecz rozumiejąc, że istota Boga jest takiej czystości, iż nie sposób sobie tego wyobrazić, dusza, która jest w najmniejszym nawet stopniu niedoskonała, woli raczej sama rzucić się w głąb tysiąca piekieł, niż znaleźć się tak splamiona w obecności Bożego Majestatu. Dlatego też dusza rozumiejąc, że czyściec powstał po to, by można było usunąć te plamy, rzuca się tam z tego powodu i odnajduje tam wielkie miłosierdzie". Oprócz więc cierpienia, dusze przebywające w czyśćcu doświadczają także pokoju i swego rodzaju radości, ponieważ mają już pewność, że trafią do nieba i chcą wypełniać wolę miłosiernego Pana. Za świętym Franciszkiem Salezym możemy więc mówić o czyśćcu jako pewnej formie piekła (ze względu na doświadczane cierpienie) i jednocześnie formie nieba (świadomość zbawienia i miłości Boga).
   Nie ulega wątpliwości, że tematyka czyśćca i związanych z nim zagadnień jest bardzo kontrowersyjna, trudna do ogarnięcia i niezmiernie tajemnicza w swej istocie. Wielką trudność sprawia też, a może przede wszystkim, opisywanie i mówienie o tej rzeczywistości - to po części usprawiedliwia kapłanów, którzy niezwykle rzadko mówią z ambony o rzeczach ostatecznych człowieka. Oczywiście trzeba też wspomnieć o realnej możliwości uniknięcia cierpień czyśćcowych poprzez pokorne przyjmowanie cierpienia i doświadczeń życiowych, świadomie i z wiarą ofiarując je jako przebłaganie za swoje grzechy. Niezmiernie trudne to jednak zadanie... o cierpieniu łatwo pisać i wygłaszać poematy, kiedy jednak dotyka nas osobiście, najczęstszą reakcją jest bunt, niezrozumienie i wyrzuty czynione Bogu. Dzięki Ci Boże, że w ogromie swego miłosierdzia dajesz nam możliwość dojrzewania w czyśćcu, podobno jest to potworny stan i ogromne cierpienie... ale patrząc na ciężar naszych grzechów... zaczynam rozumieć.