Polka, która nie zapomina o Aleppo

      Przyjęła do domu kilka rodzin. Organizuje pomoc dla tysięcy osób. Teraz, gdy opadła medialna wrzawa, przyszedł czas, by działać. O tym, jak każdy z nas może coś zrobić, mówi siostra Brygida.
Siostra Brygida Maniurka od niemal trzydziestu lat mieszka na Bliskim Wschodzie. W sierpniu - na prośbę siostry prowincjalnej - została posłana z Jordanii, gdzie od 2009 roku pracowała jako ekonomka prowincjalna zgromadzenia Franciszkanek Misjonarek Maryi, do Aleppo. Wcześniej przebywała w Syrii ponad dwadzieścia lat. Pracowała w takich miastach jak Homs, Hassake czy Rakka, czyli obecnej stolicy tzw. Państwa Islamskiego na terenie Syrii. To właśnie w Rakce, sercu muzułmańskiej (sunnickiej) Syrii, prowadziła ośrodek dla niepełnosprawnych "Ziemia ludzi". Znaczącą część podopiecznych stanowili wyznawcy islamu. Dzięki temu siostra Brygida doskonale poznała kraj - jego polityczne i religijne zawiłości - język i kulturę. Choć są to trudne tematy, nie bała się odpowiadać na moje pytania.
 
Karol Wilczyński, DEON.pl: Siostro, czy po podpisaniu rozejmu widać znaki pokoju w Aleppo?
Siostra Brygida Maniurka:
 Tak, sytuacja się zmienia, jest coraz więcej spokoju. Droga z Damaszku do Aleppo jest bezpieczna. Może jakby ktoś chciał jechać na tereny opanowane przez Daesh (arabskie określenie tzw. Państwa Islamskiego - przyp. red.), to byłoby gorzej. Ale u nas jest pokój, choć bardzo delikatny, niestabilny. Zachowujemy czujność w trakcie rozmaitych zgromadzeń, aby nie stać się celem ataku zamachowców. Bo choć nie ma już bombardowań i strzelanin na ulicach, nadal zdarzają się pojedyncze ataki czy napady.
 
Ale mimo wszystko jest lepiej?
Tak. Najgoręcej było od sierpnia, gdy przyjechałam, aż do grudnia. Ci, którzy przeżyli w Aleppo sześć lat wojny, twierdzą, że poza kilkoma tygodniami w trakcie oblężenia, od sierpnia zaczęła się intensywna walka, która pod koniec grudnia zakończyła się wyzwoleniem miasta Aleppo. Na ulicach miały miejsce regularne walki, strzelaniny na lewo i prawo… Do czasu pokonania rebeliantów przez siły rządowe mieliśmy do czynienia z najgorszymi warunkami od rozpoczęcia wojny.
 
Jak sobie siostra radziła w tym czasie? Wstrzymałyście prace?
Oczywiście, że nie. Codziennie chodziłam, a może raczej biegałam do pracy. Trzeba przyznać, że za każdym razem to było przeżycie. Za każdym razem należało uważać, czy z nieba nie lecą pociski, a kierowcy, którzy jadą bardzo szybko - ze strachu - na pewno cię widzą. Nie wiadomo było, gdzie patrzeć: czy w górę, czy wokół siebie. Najwyraźniej Pan Bóg nas jeszcze potrzebuje tutaj, w Syrii. Jeszcze żyjemy.
 
Jak dużo było ofiar?
Trudno podać dokładną liczbę, niestety. Ale nie było dnia, żeby nie zginął ktoś, kogo znamy. Nieraz były to całe rodziny. Ginęli wszyscy - starcy, młodzi, dzieci. Ginęli w domu i na ulicy. Nie było miejsca, w którym można było być całkowicie bezpiecznym. W intencji ofiar wojny zorganizowałyśmy w naszym kościele modlitwę ekumeniczną. Była też msza święta, w której uczestniczyli chrześcijanie reprezentujący wszystkie Kościoły. Uderzające było to, że świątynia była czarniusieńka. Wszyscy przyszli w żałobie, bo wszyscy kogoś stracili. Było bardzo wiele młodych wdów i osób okaleczonych ze znacznym stopniem niepełnosprawności. W procesji z darami niesiono mapę Syrii ze zdjęciami bliskich, którzy zginęli w ostatnim czasie. Znajdowało się na niej dwieście czterdzieści siedem zdjęć. To były fotografie tych osób pochodzących z rodzin, które przebywają nadal w Aleppo. Ale ofiar jest znacznie, znacznie więcej.

Czy chrześcijanie chcą zostać w Syrii? Nie chcą uciekać do bezpieczniejszych dla nich krajów?
Zasadniczo nie. Być może dla niektórych jest to zaskakujące, ale od początku mojej pracy w Syrii doświadczam ogromnej solidarności ze strony muzułmanów. Zarówno przed wojną, jak i teraz, żyjemy w przyjaźni z muzułmanami. Prowadziliśmy i prowadzimy wiele wspólnych projektów. W mieście Rakka, gdzie pracowałam przed wojną, odbywały się protesty sunnitów przeciw działaniom dżihadystów, którzy niszczyli miejsca kultu chrześcijańskiego czy palili książki religijne. Z pewnością ryzykowali bardzo wiele. W czasie ostatnich świąt Bożego Narodzenia mufti Aleppo wystosował specjalny list z życzeniami dla chrześcijan, który odczytywano w kościołach.
 
Co się działo po zdobyciu przez wojska rządowe części miasta dotychczas zajmowanej przez rebeliantów?
Cóż, to był trudny czas. W czasie walk sporo rodzin uciekało z dzielnic zajętych przez rebeliantów do bezpieczniejszej, zachodniej części miasta, w której mieszkamy. Bardzo wiele z tych osób zaczyna dopiero nieufnie badać, czy rzeczywiście jest możliwość powrotu. Najczęściej pierwsi idą ojcowie rodzin, którzy sprawdzają, w jakim stanie są ich mieszkania.
 
I co się dzieje z tymi rodzinami? Wracają?
Niestety, ludzie bardzo często są wstrząśnięci widokiem swoich zdewastowanych domów, które mogą zobaczyć teraz po raz pierwszy od początku wojny. Zburzone są całe dzielnice. Nawet jeśli bombardowanie nie uszkodziło danego budynku, to został on zniszczony w wyniku grabieży. Stąd wiele rodzin, również chrześcijańskich, traci nadzieję, że uda im się odzyskać normalne życie. Wysokie ceny, bezrobocie, zniszczone zakłady pracy - to wszystko jest dodatkowym powodem, by jednak uciekać z Syrii. Nawet ci, którzy mają pracę, pracują od rana do wieczora, a i tak nie są w stanie wyżywić rodziny. Podobnie jest z tymi, którzy uciekli do Libanu czy bezpieczniejszych części Syrii. Chcieliby wrócić w okolice Aleppo, ale nie widzą perspektyw.
 
Czym zajmujecie się obecnie w Aleppo?
W Syrii mamy obecnie dwa domy: w Damaszku i w Aleppo. Jednym z głównych problemów jest niedożywienie. W kraju, szczególnie w Aleppo, wyrasta nowe pokolenie dzieci, które zna tylko rzeczywistość wojny. Przywrócenie choćby namiastki normalności w ich życiu jest naszym celem.
 
Udaje się?
Staramy się z jednej strony udzielać pomocy materialnej, a z drugiej - tej duchowej. W każdą pierwszą niedzielę miesiąca organizujemy z dziećmi z naszej parafii modlitwy i spotkania o pokoju. Puszczamy im filmy od osób z całego świata, które nagrywają swoje życzenia i przesłania pełne nadziei. Dzieci uwielbiają te spotkania. Pierwszego stycznia Międzynarodowy Dzień Modlitwy o Pokój zbiegł się z pierwszą niedzielą miesiąca. Z tej okazji w grudniu wysłaliśmy list do papieża Franciszka, a Ojciec Święty… odpisał! Dostaliśmy piękną odpowiedź, w której czuło się bliskość papieża, a także zachętę, by nie zatrzymywać się na naszych zranieniach wojną. Aby prosić Jezusa, by przemieniał je w źródło nowej energii. Wszyscy byliśmy niezwykle wzruszeni tym listem.
 
Ale nie samym słowem żyje człowiek.
W parafii mamy dwadzieścia cztery ekumeniczne projekty. Między innymi paczki żywnościowe: miesięcznie półtora tysiąca rodzin otrzymuje kosz, a w nim cukier, makaron, ryż, oliwę i tym podobne. Przed świętami rozdaliśmy też sporo ciepłych ubrań, bo wbrew pozorom w Syrii zima może być ostra, a w nocy nawet pojawia się mróz. Co ważne, ubrania są szyte na miejscu, więc z jednej strony możemy dawać pracę, a z drugiej udzielamy pomocy najbardziej potrzebującym.
 
Co planujecie w najbliższym roku?
Nowym projektem na ten rok jest wspieranie osób, które miały warsztaty, sklepiki i tym podobne, a utracili je z powodu bombardowań lub zostały one zdewastowane. Dzięki ofiarodawcom będziemy starali się pomóc tym ludziom je odbudować, by mogli rozpocząć pracę na nowo. Syryjczycy mają swoją godność i niechętnie wyciągają rękę po pomoc. Nasza parafia jest w dzielnicy handlowej. Widzę, jak codziennie porządkują i otwierają coraz to nowe sklepiki. Oni chcą pracować i żyć z pracy swoich rąk. Ale potrzebują jeszcze wsparcia, by się odbić, aż zaczną na nowo funkcjonować zakłady, fabryki i tak dalej. Innym projektem jest też wsparcie młodych małżeństw. Młodych ludzi, którzy pobrali się w czasie wojny. Zaczynają od zera, nie mają żadnego zaplecza, dorobku więc trudno jest im wiązać koniec z końcem. Dużego wsparcia potrzebują też rodziny, w których są osoby chore, niepełnosprawne.
 
Czy udzielacie pomocy według jakiegoś klucza?
Nie patrzymy na to, kto skąd pochodzi i jaką religię wyznaje. Wszyscy cierpią tak samo. W tej chwili nie ma różnicy, czy ktoś pochodzi stąd, czy uciekł z innej części kraju. Tacy wewnętrzni uchodźcy są w najtrudniejszej sytuacji, ale tak naprawdę wszyscy cierpią niewyobrażalną dla Europejczyków biedę. Zawsze jednak szanujemy intencję ofiarodawców, którzy czasami zaznaczają, na jaki cel wpłacają swój datek.
 
Jak wyglądają wasze relacje z muzułmanami?
Nasz klasztor leży w dzielnicy w 99% muzułmańskiej. Od sześciu lat w naszym klasztorze mieszka pięć rodzin muzułmańskich, które utraciły swoje domy. Na terenie klasztoru mamy akademik dla studentek, aktualnie jest ich dwadzieścia pięć - wszystkie muzułmanki. Jedna z sióstr prowadzi pracownię dla kobiet: chrześcijanek i muzułmanek. Wszyscy, zarówno chrześcijanie, jak i muzułmanie, potrzebują pomocy.
 
Jednak istnieje również konflikt religijny. Przynajmniej niektórzy usiłują nam to wmówić.
Już przed wojną na terenie Syrii działała grupa muzułmańska o fundamentalistycznym podejściu do religii i państwa. Miało to jednak podłoże polityczne, chcieli obalić rząd reprezentujący przede wszystkim dziesięcioprocentową mniejszość alawitów. Jeśli jednak chodzi o działalność Kościoła, to nigdy nie miałyśmy z tym problemu.
 
Nie czuje się siostra zagrożona ze względu na swoje wyznanie?

W Aleppo - absolutnie nie. Gdybym mieszkała na terenie Państwa Islamskiego, to tak. Niektórzy chrześcijanie, którzy byli w niewoli dżihadystów, wykorzystują tę sytuację do dawania świadectwa. Mówią, że naśladowanie Jezusa polega na przebaczeniu, miłości nieprzyjaciół. Bardzo często przekazują to muzułmanom, którzy pytają o sens chrześcijaństwa oraz o to, co oznacza owa "miłość nieprzyjaciół". To jest taka nasza cecha charakterystyczna. Warto sobie uświadomić, że bez tego trudno ją zrozumieć osobom, które nie wychowały się w chrześcijaństwie.
 
Nie postrzega się chrześcijan jako stronników prezydenta al-Asada, oskarżanego przecież o zbrodnie wojenne?
Alternatywą dla Syrii jest Państwo Islamskie lub inne ugrupowania muzułmańskie, trochę mniej radykalne. Żadne z nich nie zapewnia podstawowych warunków do życia, nie mówiąc o wolności religijnej. Z drugiej strony chrześcijanie od zawsze uważali się za nieco lepszych. Jest to wynik faworyzowania ich przez kolonialne rządy francuskie i brytyjskie, kiedy chrześcijanie zaczęli być wykorzystywani do zajmowania urzędów i sprawowania władzy.
Z tego względu czują się trochę "wyżsi".
  
Mimo wszystko - jest szansa na pokój?
Tak, mamy taką nadzieję, że wojna się skończy w całej Syrii. W Aleppo już próbujemy wracać do normalności. Dużym wsparciem jest solidarność innych osób, materialna i duchowa. Ludzie jednoczą się, by bronić pokoju. Do tego dochodzi sporo modlitwy.

* * *
 
Siostry można wesprzeć modlitwą oraz zapewnieniem o solidarności (np. przesyłając filmik na Facebooku)
 
Dzieła sióstr można wesprzeć również finansowo, kontaktując się bezpośrednio przez e-mail: seg.par2@gmail.com
  
Karol Wilczyński / s. Brygida Maniurka
13.01.2017 15:37
za stroną:
http://m.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/przyjac-przybysza/art,42,polka-ktora-nie-zapomina-o-aleppo-wywiad.html