Nastroje we dwoje...

...czyli o zakochaniu, miłości, wierności i odpowiedzialności.
   " Ja - Iks, biorę Ciebie - Igreko za partnerkę i oświadczam Ci, że jest mi z Tobą dobrze w wymiarze duchowym i fizycznym. Będę z Tobą tak długo aż stan ten nie ulegnie zmianie" Nie może tak być? Szczerze, nowocześnie, bez składania deklaracji trudnych do zrealizowania. Po co mówić o wierności i oddaniu na całe życie skoro liczne przykłady pokazują, że to być może tylko pobożne życzenia i zaklinanie rzeczywistości? Nie wolno nam tak żyć? Kto nam zabroni? Po co te całe zamieszanie z Kościołem i Sakramentem? Jesteśmy wolni i sami decydujemy o swoim życiu i szczęściu. Po co nam jakiś "papierek" i cały ten kościelny cyrk?
Tylko, że ten "kościelny cyrk" to w istocie rzeczy sprawa kluczowa, bo wypowiadając sakramentalne "tak" , bierzemy Pana Boga za świadka naszej prawdomówności i bezwarunkowo szczerego oddania siebie drugiej osobie. No właśnie - osobie... Trudno się dziwić narastającej fali rozwodów i rozbitych małżeństw, gdy osoba traktowana jest często jak rzecz (a ta - może się znudzić), jak partner (partnera można zmienić - jak w biznesie) czy jako środek do osiągnięcia własnej satysfakcji czy innych korzyści (zgrabne nogi, kształtny biust czy fakt posiadania bogatych rodziców). Wiele "nowoczesnych" par narzeczeńskich zdaje się utożsamiać stan zakochania czy fascynacji cielesnością drugiej osoby z miłością...Hm...od stanu zwanego z niemiecka "Schmetterlinge in Bauch" do miłości jest tak daleka droga jak z Opola do Sydney. Stan zakochania skutecznie wpływa na postrzeganie naszego "obiektu westchnień" W tym stanie tworzymy sobie obraz idealny a nie realny. Wszelkie wady są niedostrzegalne i niewidoczne. Upływający czas dodaje dopiero realnych kolorów namalowanej w umyśle, idealnej osobie. Potrzeba więc czasu, by mówić o miłości, czasu, który uczy jak dawać siebie nie tracąc niczego.
   Zakochanie jest tylko pewnym etapem dochodzenia, dojrzewania do miłości. Biegnący czas pozwala dopiero zakochaniu przerodzić się w miłość a potrzebę bliskości w trwałą więź między kobietą a mężczyzną. Zakochanie bazuje tylko na uczuciach, rodząca się miłość zakłada także odpowiedzialność, troskę i poświęcenie.
Dojrzała miłość jest chceniem dobra drugiej osoby, jest pożądaniem całej osoby a nie tylko jej ciała, jest wreszcie odpowiedzialnością za życie i rozwój "drugiej połówki". Dopiero takie założenia, dają zielone światło myśleniu o małżeństwie i rodzinie. Jest to też swoiste przygotowanie do zaproszenia Pana Boga do swojego związku, który otwarty jest na dobro współmałżonków i na zrodzenie potomstwa. Skoro Jezus, będąc na weselu, przemienił wodę w wino, nie będzie czynił większych jeszcze cudów w małżeństwie budowanym na Bożym fundamencie?
   Miłości nie można znaleźć i zdeponować we wspólnym, małżeńskim depozycie, ciesząc się z jej posiadania. Miłość trzeba pielęgnować, rozwijać i upiększać. Każdego dnia wspólnego życia trzeba też przypominać o swojej miłości do współmałżonka. Nie chodzi tu o słowa, czasem i powstrzymanie się od skomentowania danej sytuacji czy zachowania staje się wyrazem miłości i dbałości o związek. Alfred Hitchcock powiedział kiedyś że: "Naprawdę ożeniony jest człowiek dopiero wtedy, kiedy rozumie każde słowo, którego nie wypowiedziała jego żona" . Niezła i niezwykle trafna wskazówka dla facetów! Są takie dni, kiedy zrozumienie kobiety trąci sportem ekstremalnym ale próbować trzeba... Z drugiej strony, kochająca żona potrafi zaakceptować męskie hobby swojego męża, choć w żaden sposób nie potrafi tego zrozumieć. Prawdziwe schody zaczynają się jednak w momencie, gdy miłość rodzi owoce...
Syn zapamięta na całe życie wspólną, męską wyprawę z ojcem na ryby. Nieważne, że zabłocone spodnie trzeba było wyrzucić, a w butach było dwa centymetry wody i dwie pijawki...Jak przywita wracających z wyprawy swoich mężczyzn, mądra i wyrozumiała Pani domu? Jak zareaguje troskliwy mąż i ojciec, kiedy żona i córka wracają po czterogodzinnym pobycie w Galerii, informując, że trafiły na super promocję i kupiły parę ciuchów za jedyne kilkaset złotych?
Który facet nie ma ochoty czasem rozwalić wszystkie przymierzalnie w butiku w nadziei, że żona w końcu zdecyduje coś kupić i wyjść? Która żona nie zastanawiała się choć raz, jak można przez dziewięćdziesiąt minut oglądać dwudziestu dwóch idiotów biegających za skórą, popijając piwem i zagryzać chipsami o smaku bekonu? ( He, he, - można, można... - przepraszam...) Najważniejsza w tym wszystkim jest dobra wola i stałe, dwustronne myślenie o dobru małżeństwa i rodziny. Czasem trzeba z czegoś zrezygnować, czasem przemilczeć pewne sprawy, nierzadko trzeba zaprzyjaźnić się z pojęciem "kompromis"...Wiem, wiem...łatwo napisać - trudniej żyć. Jednak to co zdobywamy w trudzie ma wielką wartość!
   Powyższe przemyślenia podbudowane są dziesięcioletnim stażem małżeńskim i dziewięcioletnim - ojcowskim. Autor powyższych słów jest szczęśliwym mężem i ojcem. Wszystkim zakochanym życzę, by ten stan przerodził się w dojrzałą i piękną miłość. Rodzinom - by budowały swoje szczęście na Chrystusie i zawsze pamiętały, że "Amor vincit omnia”